Czego nauczył mnie wolontariat na Laotańskiej wsi?

flaga Laosu na tle gór w Vang Vieng

Czego nauczył mnie wolontariat na Laotańskiej wsi?

Podróż do Laosu – moje wrażenia

Laos był dla mnie interesującym kierunkiem ze względu na swoją dość małą popularność. W moim wyobrażeniu to miejsce, które nie jest jeszcze skomercjalizowane i zurbanizowane. Mając doświadczenie z Tajlandii i Nepalu, byłam pozytywnie zaskoczona tym, jaki spokój panuje na drogach i ulicach. Zdecydowanie było tam mniej ludzi i pojazdów. Wreszcie mogłam przechodzić przez jezdnię nie martwiąc się o swoje życie.

Luang Prabang – pierwsze spotkanie

Luang Prabang, od którego zaczynałam przygodę z tym krajem od razu mi się spodobał. Żałowałam, że zaplanowałam tam sobie tylko jedną noc i odczuwałam lekki niedosyt ze zbyt krótkiego pobytu. Ku mojemu zdziwieniu było tam bardzo dużo turystów, a miasto widać starało się dopasować pod standardy zachodniej społeczności, oferując ładne hotele, bary i restauracje. Niekiedy to wręcz czułam się bardziej jak w Europie niż w Azji.

Północ Laosu dla aktywnych

Północ Laosu to idealne miejsce dla aktywnych, jest to teren górzysty obfitujący w szlaki turystyczne z możliwością campingu na szczycie. Ponoć widok wschodzącego słońca ponad chmurami i wierzchołkami gór jest nieziemski. Nie miałam niestety okazji tego spróbować ale jest to wystarczająco zachęcający powód aby ewentualnie tam wrócić.

Most łączący dwa brzegi Mekongu na tle gór w Luang Prabang w Laosie
Luang Prabang
Góry, dżungla i mały dom w Kasi w Laosie
Już nie północ, a środkowa część Laosi - Kasi
Buty na tle zielonego górzystego krajobrazu w Vang Vieng w Laosie
Vang Vieng - pomiędzy Kasi a Vientiane
Zachód słońca nad górami w Kasi w Laosie
Zachód słońca w Kasi

Infrastruktura drogowa w Laosie – wyzwania podróżowania

Jest to zdecydowanie mniej rozwinięty kraj niż Tajlandia i można się o tym przekonać tuż za większymi turystycznymi miastami. Ledwo poza granicami Luang Prabang główna droga nie była nawet w pełni asfaltowa, a w miejscach gdzie jednak była, to jej stan był tak fatalny, że jadąc busem zastanawiałam się czy przez te dziury samochód się nie rozleci. Kierowcy jednak przyzwyczajeni do takich warunków ostrożnie omijali przeszkody jadąc środkiem drogi, pod prąd lub wybierali mniejsze zło, czyli mniejsze dziury.

Główna droga wyjazdowa z Luang Prabang numer 13
Główna droga wyjazdowa z Luang Prabang numer 13

Spokojne Vientiane – stolica z urokiem

Vientiane, czyli stolica, jak to stolica – widać było już większy rozwój, normalne drogi i nawet przyzwoite drogi dojazdowe – poza granicami miasta. Jak na stolicę, miasto jest dość małe i spokojne, ale mające swój urok. Piękne zachody słońca nad dzikim brzegiem Mekongu i rozpościerająca się tuż za nim Tajlandia. Nie trzeba było walczyć o miejsce, aby ten widok podziwiać – dla mnie to bardzo korzystne warunki, bo to miasto miało bardziej klimat przedmieść niż wielkomiejskiego zgiełku, ale wciąż mające przywileje stolicy – koncerty, różne wydarzenia, ciekawe miejsca do odwiedzenia itd.

Zachód słońca nad brzegiem Mekongu w stolicy Laosu - Vientiane
Zachód słońca nad Mekongiem w Vientiane

Prostota życia na Laotańskiej wsi – lekcja z wolontariatu

Lekcja prostoty na wolontariacie w Laotańskiej wsi niedaleko Kasi w przydrożnym pensjonacie, zrobionym jakby w dżungli, idealnym dla ludzi zmęczonych miejskim zgiełkiem bądź dla ludzi będących w ciągłym ruchu – backpackersów. Tamtejsze warunki były naprawdę minimalistyczne – wszystko z drewna (przez szpary w deskach mniejsze żyjątka mogły swobodnie wejść do środka), toaleta bez możliwości siadania – jedyny sposób to kucanie, brak ciepłej wody i największy luksus – łóżko z moskitierą. I tyle. A ta moskitiera naprawdę dawała poczucie bezpieczeństwa przed pająkami (i to takimi z grubymi nogami), karaluchami, różnymi insektami i komarami rzecz jasna. Może to brzmieć odrażająco, jednak bycie w otoczeniu dzikiej roślinności, zbieranie marakui gdy spadnie z pobliskiego drzewa, słuchanie odgłosów gekonów i żab, obserwowanie przechodzącego ulicą stada bydła i kóz oraz przepiękny widok na rzekę i góry były dla mnie cenniejsze niż chwilowe życie w takich warunkach. Nie wiem czy są ona dla każdego, ale na pewno 2 tygodnie w takim otoczeniu i jego podziwianie robią swoje dla głowy i układu nerwowego. Ja wypełniałam swoje obowiązki, a resztę czasu spędzałam na bujaniu się na hamaku, czytaniu książki i bawieniu się z kotkami i pieskami.

Ogromny owoc jackfruita na drzewie
Ogromny owoc Jackfruita (ponoć jeszcze niedojrzały)
Nogi unoszące się nad rzeką dookoła której rozpościera się las i góry
Tubing na pobliskiej rzece
Odpoczynek na hamaku z leżącym na brzuchu kotem i czytnikiem ebooków w ręce
Chill z kotkami, pieskami, hamakiem i książką
Kobieta w spokojnej atmosferze głaskająca psa i kota
Spędzanie czasu ze zwierzątkami

Do tego nie musiałam nawet gotować, żeby dobrze pojeść. Posiłki serwowane były 3 razy dziennie, z czego 2 składały się z ryżu. Różnica jednak była taka, że na obiad był to ryż gotowany na parze z warzywami, a na kolację najczęściej smażony ryż, bądź czasem zdarzyła się zupa lub makaron. Więc jakaś tam różnorodność była, jednak psychologicznie po jakimś czasie było to po prostu monotonne i każdy z wolontariuszy miał przesyt ryżu i tęsknił już za czymś odmiennym. Z fizjologicznego punktu widzenia, posiłki te były jednak dość ubogie w białko. I mimo że nie pracowałam ciężko i tego białka aż tyle nie potrzebowałam, to jeśli chodzi o uczucie sytości, to faktycznie przydałoby się go więcej. Wszystkie posiłki były jednak mocno węglowodanowe i jeśli ktoś nie lubi tego uczucia skręcającego żołądka po dość krótkim czasie od jedzenia to ten solidny dodatek białka robi robotę.

Docenienie tego, co się ma – lekcja pokory

Przemyślenie jednak mam takie, że człowiek naprawdę nie potrzebuje wiele do życia. Mając niewiele, z większą łatwością przychodzi cieszyć się z małych rzeczy, takich jak owoce prosto z drzewa, imbir i kurkuma prosto z ziemi, piesek, który niby gryzie, ale ciebie lubi, ludzie, którzy mają podobną wizję świata do twojej. I są to rzeczy, z których ja się cieszyłam, bo podstawowe potrzeby fizjologiczne miałam zapewnione, ale są ludzie, których nawet one nie są zaspokojone, więc myślę, że takie wyście poza turystyczny schemat i poobserwowanie domów i codziennego życia lokalnej ludności może przynieść uczucie pokory. Większość z nas naprawdę nie ma tak źle, mamy wszystko czego potrzebujemy a mimo to czujemy się nieszczęśliwi. I czasem sobie myślę, że takie wygodne warunki robią z nas trochę ignorantów. A przecież pomaganie innym ma udowodnienie w badaniach naukowych, że przynosi poczucie wdzięczności i szczęścia, a my wciąż doszukujemy się go w rzeczach materialnych. Ale o radości z pomagania innym nauczyłam się w Nepalu i opisałam to w tym poście: Czego nauczył mnie nauczycielski kurs jogi w Nepalu

Spokój w naturze – refleksje z Laosu

Z mojego puntu widzenia cisza + natura sprzyjają refleksji, kreatywności i podejmowaniem decyzji. Wizje, które ma się w głowie stają się bardziej przejrzyste, realne, a odpowiedzi na dręczące pytania niekiedy przychodzą same. W sumie, nie dziwi mnie teraz dlaczego w filmach osoby potrzebujące inspiracji (np. pisarze) wybierają się na odludzie z nadzieją, że tam dokończą swoje dzieło. Ja też kiedy doceniłam tę ciszę, spokój i naturę miałam jakąś większą wenę i akceptacje na rzeczy, na które nie mam wpływu

Posezonowe pole ryżowe u podnóży dżungli
Posezonowe pole ryżowe u podnóży dżungli
Krajobraz gór zatopiony w chmurach w słoneczną pogodę
Kasi

Te warunki miały na mnie tak pozytywny wpływ, że myślałam, że ja już zawsze pozostanę taka zen. Byłam święcie przekonana, że trudne osoby, rozmowy lub jakieś konfliktowe sytuacje nie zabiorą mi mojej energii. Po pewnym czasie, będąc już w innym środowisku, spadłam na ziemię i stwierdziłam, że jednak ciężko jest pozostać opanowanym i pozytywnym, kiedy warunki są stresujące i przytłaczające. Chociaż jogowa filozofia mówi, że można osiągnąć stan oświecenia (Samadhi), to jednak ponoć niewiele osób jest w stanie taki stan osiągnąć. I mimo, że cieszyłam się, że już stamtąd wyjeżdżam, bo jednak zaczęło mi się tam nudzić po pewnym czasie, to doceniam tę lekcję i miło wspominam ten slow life (powolnego życia), na który rzadko sobie pozwalam. Świadome stwarzanie sobie warunków i możliwości do chwili spokoju – spacer wśród zielonego, bez zaglądania w telefon w tym samym czasie, oddychanie pełną piersią, czyli pozwolenie sobie na więcej życia w tym ciele* – może przynieść właśnie inspirację, motywację lub jaśniejszą wizję i odpowiedzi na nurtujące pytania.

*głębokie oddychanie powoduje wprowadzenie większej ilości tlenu do organizmu. Tlen = życie. Dodatkowo rozruch (spacer) i aktywacja mózgu poprzez przebywanie wśród natury.