Czego nauczył mnie nauczycielski kurs jogi w Nepalu

kobieta w tradycyjnym nepalskim stroju na tle kwiatów, ceremonia zakończenia kursu jogi

„Planuj przyszłość i podejmuj działania, ale w krótkoterminowej perspektywie. Nie wybiegaj za bardzo w przyszłość, bo zabierze to Twój spokój. Rób to co potrzeba do osiągnięcia krótkoterminowych małych celów, tak aby przybliżały Cię do zakończenia zadania” – jedno z podejść do przyszłości jogowej filozofii.

Nepal był kolejnym etapem podróży a celem był 24-dniowy nauczycielski kurs jogi. Początkowo, przytłoczona chaosem, kurzem i intensywnym ruchem ulicznym Kathmandu, miałam obawy, czy odnajdę się w tym miejscu. Jednak po 28 dniach spędzonych w sercu Nepalu, dostrzegłam niezwykłe piękno ukryte w tym pozornym chaosie.Nepal jest dla mnie krajem, którego to piękno stanowią ludzie – każdy, kogo tam poznałam emanował autentycznością i ciepłem.

 

Wypasająca się krowa na tle Shivapuri National Park
Slow life w Kathmandu. Wypasająca się krowa na tle Shivapuri National Park
Idący udzie z plecakami i matami do jogi
Jednodniowy trekking do Shivapuri National Park. W tle obraz Nepalskich ulic

Otoczenie ma znaczenie

Joga i pozytywne wibracje

Od momentu przybycia do Sambhodi Yoga Home, małego ashramu na obrzeżach Kathmandu poczułam tę spokojną atmosferę i pozytywną energię otoczenia. Nic dziwnego, w końcu pojechałam na kurs jogi, gdzie każdy z uczestników miał podobną wizję świata oraz szacunek i pasję dla jogi. Spędzając każdy dzień w takim otoczeniu, wymienianie się spostrzeżeniami i uczestniczenie w niezwykle ciekawych wykładach z filozofii jogi mimowolnie sprawiały, że mój umysł był bardziej otwarty – nastawiony na szukanie rozwiązań, myśli bardziej pozytywne i kreatywne a moja wiara w siebie i ciekawość świata wzrastała każdego dnia. Regularna, 5-godzinna praktyka jogi przez około 20 dni mimo, że była niekiedy wyzwaniem, a stawy po pewnym czasie domagały się odpoczynku, podobnie jak psychika, to ta regularność i rutyna były dla mojej głowy bardzo korzystne.

 

Zeszyt, masala tea, a w tle dwójka ludzi patrząca na tablicę siedząca na matach.
Wykład z filozofii jogi
Kobieta na macie wykonująca jogową pozycję dziecka
Joga podczas trekkingu w Shivapuri National Park (2700 m npm)

Spotkanie z Babą (po polsku: ojciec) mieszkającym w lesie przez 45 lat

Czasem ta otwartość i akceptacja na to, co życie przynosi tworzy przestrzeń na to, czego potrzebujemy i ku naszemu zaskoczeniu samo to do nas przychodzi przychodzi.

Podczas trekkingu w Parku Narodowym Sivapuri poszliśmy odwiedzić człowieka (Babę), który od 45 lat mieszka w lesie, medytując i prowadząc minimalistyczny styl życia. Było to bardzo ciekawe doświadczenie, mogliśmy zadawać pytania dotyczące życia, jogi czy medytacji. Wtedy ta otwartość na nowe była potrzeba, gdyż zostaliśmy poczęstowani masala tea przygotowaną w lekko mówiąc nie najczystszym garnku i chlebkami chapati prosto z popiołu. Mimo, że higienicznie nie było to najlepszą opcją tak cała sytuacja była tego warta. Warta posłuchania perspektywy kogoś, kto żyje w minimalizmie i oprócz potrzeb fizjologicznych i jako takiego dachu nad głową nic więcej mu nie potrzeba. I mimo że wolałam nauki naszego guru tak doświadczenie to było niezapomniane i na pewno wyjątkowe.

 

Grupa ludzi siedząca w siadzie skrzyżnym
Masala tea u Baby. Jedyne zdjęcie jakie mam, gdyż nie można było robić zdjęć jemu ani temu jak żyje

Nepalczycy: Życzliwość i bogactwo ducha

Przede wszystkim w porównaniu z innymi krajami, które odwiedziłam, w Nepalu większość ludzi mówi po angielsku. Co prawda w najbardziej turystycznej części Kathmandu czyli Thamel, który jest jednym wielkim targowiskiem ludzie mogą być dość natarczywi chcąc za wszelką cenę namówić do kupna. Jednak mimo tego, wszyscy byli bardzo przyjaźni, życzliwi i ciekawi mojej osoby – zadawali pytania, sami też czasem coś opowiedzieli o swoim kraju lub obyczajach. Ciekawostką jest, że Nepalczycy nie lubią żebrać, dlatego najbardziej potrzebujący często spotykani są na ulicach Thamel oferując to co mają i nierzadko jest to rola przewodnika po mieście w zamian za wsparcie finansowe. Tym sposobem poznałam mężczyznę, który jak się okazało kilkanaście lat temu był znanym kulturystą. Przez trzęsienie ziemi, które miało miejsce w 2015 roku stracił cały swój dobytek, przez co popadł w depresję i alkoholizm. Był bezdomnym przez 10 lat i właściwie zaledwie kilka miesięcy przed tym jak go spotkałam odzyskał wiarę w życie i był w procesie zbierania swojego życia do kupy. Oczywiście słuchając jego opowieści zadawałam sobie w głowie pytanie, czy to co mówi jest prawdą. W ramach dowodu, zaprowadził mnie do pokoju, który wynajmował – nie było tam prawie nic, nawet porządnego materaca. Ja głęboko wierzę w moc swojej intuicji, która w tamtym czasie podpowiadała mi, że ten człowiek mówił prawdę.

W Nepalu joga i medytacja są głęboko zakorzenione w kulturze. Nepalczycy, których poznałam są dumni ze swojego kraju i mimo, że kraj sam w sobie jest biedny, to mentalność społeczeństwa wydaje się być bogata. Cieszą się oni z tego co mają, a mają niewiele. Jest to dla mnie dowód na korzystne działanie i moc medytacji, która nie musi nawet objawiać się w siedzeniu w siadzie skrzyżnym z zamkniętymi oczami i dłońmi na kolanach. Wystarczy skupienie na teraźniejszości i bycie wdzięcznym za to co się ma.

Nasz guru i jego żona to naprawdę szczerzy i autentyczni ludzie, którzy tworzą tak wspaniałą atmosferę w swoim niewielkim ashramie, że na samą myśl robi mi się ciepło na sercu. Lekcje filozofii jogi nie były w formie teoretycznych wykładów a na podstawie przykładów wziętych z życia. Guru często przytaczał swoje wątpliwości i trudne okresy w życiu, z którymi się zmagał, co przypomniało mi, że każdy mierzy się z jakimiś problemami, każdy ma jakiś bagaż. I on magicznie nie zniknie, ale to jak ciężki będzie zależy od nastawienia właściciela bagażu.

 

Kobieta robiąca znak tika na czole drugiej kobiety czemu przypatruje się mężczyzna
Ceremonia zakończenia kursu jogi

Pomaganie jest piękne, jest źródłem radości

Szczęśliwa historia chorego, bezdomnego pieska

Moją refleksją w drugim miesiącu podróży było: rób częściej i więcej rzeczy, które sprawiają Ci radość. Takich rzeczy, które wprowadzają Cię w stan flow i wywołują uczucia nie do opisania, takie, w których się spełniasz a Twój umysł jest wtedy wolny od zmartwień.

Takie uczucie to swego rodzaju medytacja, skupienie na tym co się w danej chwili wykonuje, a poczucie radości sprawia, że automatycznie pojawia się wdzięczność. Dzięki wdzięczności z kolei czujemy się szczęśliwi, bo w takim momencie nic więcej nam nie potrzeba, jesteśmy wolni od porównań i cudzych opinii, po prostu jesteśmy wolni. Ten stan należy pielęgnować i umacniać, aby taki sposób myślenia stał się naszą codziennością. Wolontariat w schronisku dla psów w Tajlandii sprawił, że każdego dnia czułam, że wnoszę niewielki udział w to, aby życie niektórych istnień było odrobinę lepsze. W Nepalu po zakończeniu kursu pojechałam do miejscowości oddalonej o 30 km od Kathmandu o nazwie Nagarkot, skąd przy dobrych warunkach pogodowych widać Himalaje. Moje pierwsze śniadanie w tym mieście wymyśliłam sobie, że zjem na zewnątrz z widokiem na góry. Wówczas podbiegł do mnie bezdomny piesek z ogromnym guzem, którego woń można było porównać do mięsa wystawionego na ciepło. Nakarmiłam go tym co miałam, czyli ciastkami i poszłam do sklepu po więcej. Karmiłam go, głaskałam i płakałam. Nie obchodziło mnie, że ludzie dookoła patrzą na mnie nie wiedząc o co tyle zachodu. Niestety stosunek do zwierząt w Azji przypomina bardziej postrzeganie ich jako obrońców posiadłości aniżeli żywą istotę, o którą należy dbać i się opiekować. Jeżeli więc pies nie spełnia funkcji obronnych to raczej bez wyrzutów sumienia ląduje po prostu na ulicy. Pod tym względem w Nepalu doświadczyłam największego wachlarzu emocji, począwszy od wewnętrznego spokoju, zaufania do siebie i wszechświata po płacz, niezgodę na los milionów bezdomnych psów, poczucie niesprawiedliwości i zwątpienia w gatunek ludzki. Na następny dzień znów spotkałam tego pieska i znów go nakarmiłam i napoiłam. Poczułam wówczas taki przypływ energii do działania, że postanowiłam działać. Pytałam w sklepie i właściciela obiektu noclegowego, w którym się zatrzymałam, czy wiedzą coś na temat organizacji pomagającej zwierzętom. Niestety panowie nie wiedzieli nic na ten temat, a ja zaczęłam szukać na własną rękę w internecie. Znalazłam organizację zajmującą się takimi sprawami w Kathmandu i napisałam do nich na Whattsup’ie, ale bez odzewu. Jak wróciłam do Kathmandu na ostatnie 2 dni mojego pobytu w Nepalu, to miałam do nich jechać osobiście, ale w tym samym dniu poznałam syna właściciela hotelu, w którym nocowałam, który zaproponował, że zadzwoni do tej organizacji. Tak też zrobił, co poskutkowało tym, że chwilę później odpisali na moją wiadomość. Okazało się, że nie są w stanie pomóc, gdyż było to za daleko, ale dali mi kontakt do właściciela schroniska w sąsiednim Baktapur. Wysłałam wiadomość pod ten numer, nie mając zbytniej nadziei na pozytywny finał tej sytuacji. Jednak i tym razem wszystko mi sprzyjało – zgłoszenie zostało przyjęte, działania podjęte i w końcu po kilku próbach poszukiwań i zwątpienia piesio został znaleziony. Jego stan był dość poważny, bo był niedożywiony, miał gorączkę i hipotermię. Chłopak, który go uratował okazał się być kolejną dobrą duszą z wielkim sercem. Byłam informowana na bieżąco o postępach leczenia. Piesio przeszedł operację usunięcia guza i miał dwie dawki chemioterapii. W międzyczasie wpłaciłam na jego leczenie sumę od siebie i zorganizowałam zbiórkę online. Łącznie zebrałam ponad 2000 zł i przelałam na konto schroniska. Jestem wdzięczna moim znajomym, którzy w większości wsparli moją inicjatywę, wszystkim którzy udostępnili zbiórkę na swoich profilach oraz mojej mamie i cioci, które jeszcze bardziej zmotywowały mnie by działać.

Czarny pies z guzem pomiędzy tylnymi łapkami leżący na podłodze
Kaale, bo takie imię zostało mu nadane - tutaj jeszcze jako bezdomny schorowany piesek

Poza tym karmienie bezdomnych piesków karmą za jakieś 10 zł i podarowanie im trochę miłości, a następnie obserwowanie jak stopniowo się otwierają i są wdzięczne, to dla mnie uczucie nie do opisania. Takie, że z jednej strony mam ogromną niezgodę na to, na jakie życie są skazane przez ludzi, a z drugiej czułam radość z tego, że mi zaufały i za każdym razem cieszyły się na mój widok.

Takie sytuacje dają mi poczucie większego sensu w życiu. Nie dla każdego życie jest łatwe, wręcz wiele ludzi i istnień musi walczyć o przetrwanie każdego dnia. Wygodne życie często zamyka nas w bańce. Mając wystarczająco często chcemy jeszcze więcej, co jest bardzo zgubne i niebezpieczne. Refleksję zatem mam taką, aby rozejrzeć się dookoła, rozwijać empatię i bezinteresowność, bo dobro wraca (o czym poniżej).

Nepalski pies
Kobieta pozująca do zdjęcia z psem na ulicy

Karma wraca

Filozofia jogi ma wiele wspólnego z buddyzmem i hinduizmem, aczkolwiek nie jest ona tożsama z tymi religiami. Wierzy się zatem w karmę, czyli czyniąc dobro, ono wraca, wyrządzając zło, ono również wraca. Do mnie to trafia i zachęca mnie do tego, żeby być dobrym człowiekiem na co dzień. Myślę jednak, że trzeba w coś głęboko wierzyć aby widzieć w tym sens. Trochę jak samospełniająca się przepowiednia. Uważam, że to właśnie dlatego ludziom potrzebna jest religia, bo głęboka wiara daje nadzieję. Podobnie jest z karmą, głęboka wiara w to, że czyniąc dobro, ono będzie wracać sprawia, że można dostrzec w tym swego rodzaju prawdziwość. Aby natomiast być dobrym człowiekiem trzeba nieco schować swoją dumę do kieszeni. Każdy na pewno zna ludzi, którzy z zewnątrz są przykładnymi katolikami, natomiast na co dzień nie są dobrymi ludźmi. I myślę, że czasem to ego bardzo przeszkadza w życiu, zwłaszcza, kiedy występuje w połączeniu z małą świadomością tego, jak krzywdzące mogą być zachowania czy słowa dla innych ludzi. Stawianie swoich potrzeb (np. potrzeba agresji wobec niewinnej istoty, bo ma się zły humor) ponad wszystko może być niebezpieczne. I absolutnie nie jest to przekaz promujący poświęcanie się i oddanie innym, natomiast, jak to we wszechświecie jest, ważny jest balans i umiejętność dostrzeżenia gdzie jesteśmy w stanie odpuścić, a gdzie należy postawić granicę (co można zrobić w sposób nie raniący innych).

Prawo przyciągania: siła myśli

Kilka lat temu miałam taki epizod w swoim życiu, kiedy uważałam, że mam pecha i przyciągam same negatywne zdarzenia. Rzeczywiście, wiele rzeczy wtedy się posypało i z perspektywy kilku lat, myślę, że przez swoje nastawienie i sposób myślenia sama to na siebie ściągałam. I oczywiście, żeby było jasne – każdy ma prawo czuć się gorzej i widzieć wszystko w ciemnych barwach. Jesteśmy tylko ludźmi, a czasy w jakich żyjemy, umówmy się, nie są sprzyjające zdrowiu psychicznemu. Nasze samopoczucie częściej przypomina sinusoidę niż trend wzrostowy czy chociażby linię prostą. Jest to zupełnie normalne, wręcz takie krytyczne momenty i kryzysy popychają nas często do dokonania zmian w życiu. Ważne natomiast jest jak zawsze nasze podejście, perspektywa i interpretacja rzeczywistości. W prawie każdej sytuacji można dostrzec jakiś pozytyw i zdaję sobie sprawę, że w momentach kiedy nie czujemy się ze sobą i z rzeczywistością dobrze, to ciężko doszukiwać się pozytywów. Dlatego warto poszerzać swoją świadomość i wychwytywać te czarne myśli w głowie, aby myśl po myśli zamieniać je na bardziej wspierające. Często skupiamy się na tym, czego nie mamy, a właśnie warto przypominać sobie o wszystkich sukcesach, które doprowadziły nas do punktu, w którym się znajdujemy, o naszych osiągnięciach poprzedzonych wieloma trudnymi decyzjami. Przyjrzyj się swojej wewnętrznej narracji, obserwuj co Ci się przytrafia, kiedy narracja ta jest bardziej negatywna, a co kiedy myśli są czyste i pozytywne. I nie oczekuj, że zauważysz zmianę w ten sam dzień. Przekierowanie myśli najpierw jest powierzchowne, może to być dość wymuszony zabieg, ale jak trafią do świadomości a zwłaszcza do podświadomości to dzieje się magia. Ja już w Nepalu, czyli dopiero w drugim miesiącu mojej podróży zaczęłam zdawać sobie sprawę z tego, jakie mam szczęście, że po pierwsze mogłam sobie pozwolić na tę podróż, po drugie, że nic złego po drodze mi się stało i po trzecie, że za każdym razem spotykam cudownych i inspirujących ludzi. Mając takie myślenie reszta mojej podróży przebiegła równie szczęśliwie, za co jestem ogromnie wdzięczna.

Strączki ogółem są zdrowe, ale nie wszystkim będą służyć

Wegetariańskie posiłki w szkole jogi, oparte na nepalskiej kuchni, obfitowały w duże ilości strączków. Choć mają one wiele właściwości przeciwzapalnych i zaleca się ich włącznie do jadłospisu, to w dużych ilościach mogą powodować problemy trawienne. Strączki oprócz swoich prozdrowotnych właściwości zawierają również duże ilości oligosacharydów zaliczanych do cukrów złożonych, które powodują tworzenie się gazów w jelitach. Dodatkowo, duże ilości błonnika pokarmowego, który oczywiście jest bardzo korzystny ze względu na właściwości „czyszczące” jelita może powodować dyskomfort, jeżeli nie jest dostarczana odpowiednia ilość płynów. W takim wypadku może dojść do pojawienia się zaparć. Jest to tym bardziej uciążliwe/dokuczliwe podczas wykonywania aktywności fizycznej. Wiele asan w jodze ma na celu pobudzenie motoryki jelit poprzez uciskanie narządów w jamie brzusznej powodując ich chwilowe niedokrwienie, po to aby wychodząc z takiej pozycji krew szybko podążyła do miejsca ucisku. Szybszy przepływ krwi powoduje aktywację tkanek. Jak można się domyślić, wykonanie tych asan było lekko mówiąc utrudnione z uwagi na uczucie posiadania balona wypełnionego powietrzem zamiast brzucha.

Wniosek zatem mam taki, że choć strączki są zdrowe, ich ilość i rodzaj należy dostosować do indywidualnych potrzeb organizmu. Najlepiej stopniowo wprowadzać je do diety lub wybierać te, które mają najmniej właściwości wzdymających, bądź po prostu obserwować i eliminować te, po których odczuwany jest dyskomfort.

Nepalski posiłek - zupa, ryż, strączki, warzywa
Nepalski posiłek - placki bara i fasolka
Nepalski posiłek - zupa z paneer, ryż, soja i warzywa