Czego nauczył mnie Wietnam

Zatoka Ha Long

Czego nauczył mnie Wietnam

Wietnam to dla mnie jedno z najpiękniejszych doświadczeń podróżniczych. Jest zupełnie inny niż reszta krajów półwyspu Indochińskiego. Zaskakuje nowoczesnością, ale zarazem tradycjonalizmem. Życzliwość, spokój i skoncentrowanie na rodzinie wzrusza, a będąc tam można poczuć bezpieczeństwo – zarówno fizyczne, jak i psychiczne oraz przyzwolenie na bycie sobą i próbowania różnych rzeczy w życiu.

W Wietnamie byłam dwa razy podczas mojego gap-half year. Pierwszy raz typowo turystycznie, zwiedzając kawałek północy – stolicę i zatokę Ha Long oraz południe, dość intensywnie eksplorując jej tereny. Drugi raz to odpoczynek na wyspie Phu Quoc i odkrywanie swoich korzeni w Hanoi.

Życie społeczne – ważna rola w zdrowiu

Wspólne posiłki

Jestem pod ogromnym wrażeniem życia społecznego w Wietnamie. Małe knajpki na każdym (naprawdę każdym) kroku z dostawionymi maleńkimi krzesełkami i stolikami – takimi jak u nas są dla dzieci – tętnią życiem niemalże o każdej porze. Wspólna celebracja posiłków zdaje się być tam normą. Zresztą w domach wspólne posiłki są również ważne – dzieci mają w szkołach a la siestę od 12-13:30 jako przerwę na lunch. Część z nich wraca do domów, a część ma wykupione posiłki w szkole. Spędzając dwa tygodnie w wietnamskim domu, zawsze czekaliśmy z posiłkiem na wszystkich domowników, aby wspólnie zasiąść do stołu. Rodzinne posiłki zwykle trwały dość długo – był to też czas na dyskusję, podzielenie się doświadczeniami dnia i wspomnieniami. Większości tych rozmów nie rozumiałam, ale było to dla mnie piękne doświadczenie i czerpałam z tego przyjemność mimo bariery językowej.

Co więcej, takie wspólne posiłki to ważny element zachowania zdrowia psychicznego. Więzi międzyludzkie, poczucie przynależności to podstawowe potrzeby, które w Europie i krajach wysokorozwiniętych schodzą na bardzo daleki plan – prześcigają ją praca, kariera, pieniądze i dobra materialne. A szkoda, bo często zafiksowujemy się na tym, żeby żyć jak najzdrowiej – kupujemy rzeczy bio, wolne od GMO, chodzimy na siłownie, a zapominamy o tym co podstawowe – budowanie i utrzymywanie zdrowych relacji międzyludzkich. Jako jednostki zostaliśmy właśnie przystosowani do życia społecznego, bo kiedyś tylko ono zapewniało przetrwanie.

Rodzina i codzienność

Co prawda, ja byłam tam zbyt krótko, aby trafnie ocenić, jak wygląda normalne życie bez dostosowywania wszystkiego pod mój przyjazd. Z opowieści jedynie wiem, że życie społeczne ma też swoje ubytki na przykład w kwestii wychowawczej. Polskie przysłowie „dzieci i ryby głosu nie mają” myślę, że dobrze to opisuje. Relacje rodziców z dziećmi zdają się być dość chłodne, a miłość okazuje się poprzez podarki, raczej rzadziej przez okazywanie ciepła i dotyk. W kwestii rodziny jednak – jest ona tam na pierwszym miejscu, a każde dziecko w rodzinie traktowane jest na równi.

Tam troska wyrażana jest poprzez zainteresowanie daną osobą. A więc zadawanie krępujących pytań dla nas może wydawać się bezczelne i irytujące, tak tam jest wyrazem szczerego zainteresowania i miłości. I pomimo bariery językowej zostałam tak ciepło przyjęta, w gronie osób, z którymi nie mogłam się swobodnie porozumieć czułam się tak swobodnie, że czasem spotkania wśród ludzi, z którymi mogę z łatwością się komunikować potrafią być „chłodniejsze” i bardziej oschłe. Nawet dla introwertyka, taka przyjazna atmosfera nie jest tak męcząca. A dużo bardziej może być „robienie dobrej miny do złej gry”. Dlatego, pisząc te słowa, tak sobie myślę, żebyśmy okazywali sobie nawzajem więcej zainteresowania, zaangażowali się w to, co aktualnie przydarza się drugiej stronie, okazywali empatię i umieli słuchać. Czasem tylko tyle i aż tyle wystarczy.

Wietnamczycy ogromnie cenią sobie czas z bliskimi. Rodzinne spotkania angażują wszystkich członków w proces przygotowywania posiłków i organizacji. Podczas wspólnego rodzinnego posiłku, starszyzna siedzi przy jednym stole, młodzież przy kolejnym i dzieci osobno. Ja doświadczyłam spotkań rodzinnych liczących około 30 osób – wszyscy z rodziny. Obiad kończy się dalszymi rozmowami przy koniecznie zielonej herbacie. Moje doświadczenie zorganizowanej dla mnie kolacji tylko dla młodszych członków rodziny, tj. dzieci starszyzny, to zakończenie spotkania karaoke. I nieważne, jaka pora by to nie była, czy dzieci chcą spać, czy nawet czy umiesz śpiewać. W Azji jednak karaoke nie powinno być niczym zaskakującym – Azjaci wiedzą, jak dobrze się bawić – śpiewanie wyzwala endorfiny (post), a jakościowe spędzanie czasu z ludźmi oksytocynę (post)

Celebrowanie posiłków i ich prostota

Jestem zachwycona kuchnią wietnamską, a zwłaszcza tym, jak proste, ale pożywne, syte i bardzo smaczne posiłki oferuje. Jest ona tak bogata w smaki, różnorodne połączenia i łatwo dostępne produkty. Sprawia to, że człowiekowi naprawdę przechodzi chęć na zachcianki (no dobra, i jeszcze to, że w Azji mają naprawdę fatalne słodycze). Szkoda jest wręcz marnować miejsca w żołądku i niepotrzebnie uwalniać glukozę, bo wówczas ten zastrzyk dopaminy (więcej o dopaminie w tym poście) ze spożywania „normalnego” jedzenia nie byłby tak przyjemny. Wiem, że nie każdy może lubić te smaki, ale jedno jest dla mnie pewne – organizacja tych posiłków to coś, co mnie bardzo ujęło i co chcę wprowadzić do swojej diety. To, co ja zwykle jadłam w wietnamskim domu, to oczywiście ryż (główny składnik) i dodatki pod postacią białka i ogromu warzyw. Każdego dnia były one inne, aby zapobiec monotonii i zbilansować dietę. Jednego dnia było to na przykład jajko przygotowane w różnej formie, kolejnego dnia było to tofu lub owoce morza czy mięso. Do tego ta różnorodność warzyw, zresztą tam bardzo tanich – najczęściej były to liście – sałata, kapusta i to, co akurat było w lodówce. I koniecznie sos sojowy lub rybny. Wszystko w małych miseczkach – każdy nabiera to, co najbardziej lubi i na ile ma ochotę. I najpiękniejsze jest to, że prawie nic się nie marnowało. Pozostała zielenina zalewana była ciepłą wodą z solą i odstawiana na kilka dni pod przykryciem, by po 2-3 dniach wrócić na stół w formie kiszonej. Cudowne rozwiązanie!

Wietnamski obiad
Typowo podany wietnamski obiad

Jeśli chodzi o niestandardowe posiłki np. podczas spotkań rodzinnych, to popularną formą jest tzw. hot pot, czyli woda w dużym garnku na palniku, a dookoła porozdzielane półprodukty, które po kolei się do tej wody dodaje. Po krótkiej chwili każdy wyławia to, co go interesuje i kładzie do swojej miseczki. Wszystko oczywiście we wzajemnej współpracy. Z wody tworzy się wywar i chętni wykorzystują go do zalania makaronu noodle, robiąc z tego zupę. Jedynym minusem tego rozwiązania jest to, że pałeczki wszystkich ludzi maczane są w tej samej wodzie, co dla niektórych może być nie do przejścia.

Hot Pot typowy wietnamski posiłek podczas dużych rodzinnych spotkań
Hot Pot podczas rodzinnego obiadu

Zupy i sajgonki to jednak moje kulinarne miłości. Ten, kto myśli, że zupa PHO jest najlepsza, powinien spróbować Bún:

  • chả z wieprzowiną
  • cá – z rybą
  • bò – z wołowiną.

Można ją podać w formie zupy, wówczas do nazwy dodana jest końcówka „Huế” lub w formie sałatki, wtedy końcówka to „Nam Bộ”. Jest tam MNÓSTWO zieleniny, a sam wywar jest obłędny. Proste, a pyszne i treściwe.

Bun Ca Hue popularne danie wietnamskie, makaron ryżowy z krabem, tofu i zieleniną zalany bulionem
Bún Cá Huế - makaron ryżowy z krabem i tofu w formie zupy
Bun makaron ryżowy w formie sałatki w wersji wege
Bún Nam Bộ - makaron ryżowy z tofu i sajgonkami w formie sałatki

Aktywne spędzanie czasu na świeżym powietrzu

Kiedy ktoś pyta mnie, dlaczego Wietnamczycy są tacy szczupli, to oczywiście opowiadam im o ich codziennej diecie (przynajmniej tyle, ile wiem), ale też o tym, że w parkach czy na plażach, już z samego rana, ledwo po wschodzie słońca (5-6 rano), miejsca publiczne są pełne ludzi uprawiających sport. I co najważniejsze, większość z nich to ludzie w średnim lub podeszłym wieku. Spotykają się grupkami i grają w badmintona, ćwiczą tai chi lub tańczą zumbę. Podobnie sytuacja ma się po zachodzie słońca, mimo że jest wtedy wciąż bardzo gorąco. Był to bardzo powszechny widok na południu kraju, na północy zdecydowanie rzadszy, jednak ja byłam tam w grudniu oraz na przełomie lutego i marca, kiedy u nich jest to również pora zimowa. Poza tym północ jest zdecydowanie inna od południa, w miastach jest zdecydowanie mniej parków, zabudowa jest gęstsza i drogi są nieco węższe.

Życzliwość ludzi, taoizm i wybaczanie

Ten kraj ma naprawdę trudną i przykrą historię, wiele przeszli, żeby być tu, gdzie teraz. Około 1000-letnia okupacja chińska, po to aby później zostać skolonizowanym przez Francję, którzy wpędzili mieszkańców tej ziemi w skrajne ubóstwo, a na koniec wyniszczająca wojna zapoczątkowana przez Amerykanów przeciwko Wietkongom – reprezentantom partii komunistycznej jako sprzeciw dla szerzącego się tam komunizmu. Po tym wszystkim zapanowała bieda, głód, a kraj (głównie południe) czekały długie lata odbudowy.

Polecam każdemu, kto będzie w Hanoi, odwiedzić muzeum Maison Centrale Museum (Hỏa Lò Prison) – więzienie dla Wietnamczyków w czasach kolonii francuskiej oraz War Remnants Museum w Ho Chi Minh (dawny Sajgon). Informacje i zdjęcia tam są naprawdę mocne, także trzeba być przygotowanym na poruszające zdjęcia i okrutne fakty.

Kraj jednak stanął na nogi i obecnie jest drugim po Tajlandii najbardziej rozwiniętym krajem Azji Południowo-Wschodniej. Stara się być jak najbardziej niezależny gospodarczo, co wcale nie jest takie oczywiste w innych krajach tego półwyspu. Laos i Kambodża na przykład są dość mocno zależne od Chin, nie tylko gospodarczo, ale też ekonomicznie i politycznie, a Laos nawet społecznie. Wietnam natomiast chce być niezależny, na co zresztą może sobie pozwolić w porównaniu do swoich sąsiadów. Wpływy chińskie jednak widać bardzo wyraźnie, moim zdaniem dużo bardziej niż w innych krajach tego regionu, jednak jest to pozostałością po długich latach okupacji – wszechobecne smoki, charakterystyczne dachy, Nowy Rok Księżycowy (Chiński Nowy Rok, w Wietnamie ma nazwę Tet) celebrowany znacznie huczniej niż w innych krajach czy nawet uroda, która też różni się od khmerskiej czy laotańskiej.

Mimo trudów, jakie zgotowali jej Francja i USA, Wietnamczycy zdają się nie żywić urazy. Oni po prostu skupiają się na tym, co aktualne, są skoncentrowani na swoim narodzie, a w skali mikro – na swojej rodzinie i najbliższych. Od pewnej Wietnamki usłyszałam, że to nawet nie kwestia wybaczania, a wyznawania taoizmu (informacje o taoizmie – wikipedia), (również wywodzącego się z Chin), który zakłada „naturalny porządek wszechświata” i harmonię. Myślę, że dzięki takiemu podejściu zdają się oni być szczęśliwszymi. Nawet jadąc tam jako turysta, czuć tę pozytywną aurę, chęć pomocy wszystkich dookoła, życzliwość i akceptację codzienności (na przykład, nie denerwowanie się na ruch uliczny, który nas przeraża, a tam jest czymś zupełnie normalnym).

Oni sami o sobie mówią, że są życzliwym narodem, nie żywiącym urazy i skupiającym się na sobie. I jest to coś, czego w Polsce ogromnie mi brakuje. Tej gościnności, autentyczności, chęci pomocy i życzliwości na takim poziomie, na jakim ja jej tam doświadczyłam to coś, czego my tutaj nie zrozumiemy. Nawet nie umiem tego opisać słowami ani opowiedzieć. Mam nadzieję, że globalizacja nie dosięgnie ich tak szybko i zachowają swoją unikalną kulturę i tożsamość jak najdłużej. Choć, jak się dowiedziałam, wśród młodszego pokolenia – Millenialsów i Z zaczyna to wyglądać podobnie jak w krajach zachodnich.

wietnamska gościnność i typowo podany posiłek
Posiłek zaserwowany na nieplanowanym pogrzebie

A żeby jeszcze bardziej zobrazować gościnność i życzliwość, podzielę się niezbyt chlubną historią. Podczas wizyty w wiosce znanej z plantacji kawy i herbaty w Dalat przypadkowo trafiliśmy na pogrzeb, mylnie zakładając, że rozłożone stoliki i biesiadna uczta to restauracja. Zapytaliśmy przez translator o jedzenie i gospodarze zamiast wyprowadzić nas z błędu, to natychmiast podali nam jedzenie w wietnamskim stylu. Dopiero po jakimś czasie zorientowaliśmy się, że to nie może być przypadek, żeby wszyscy poubierani byli w te same stroje, a tablica stojąca u wejścia do pomieszczenia nie była menu tylko informacją o zmarłym, za którym to stał ołtarz buddyjski. Było nam strasznie wstyd, przeprosiliśmy za to wtargnięcie na rodzinną uroczystość i chcieliśmy zapłacić za posiłek, jednak jedyne czego oni chcieli w zamian to modlitwa za zmarłego, co też uczyniliśmy. Historia ta, choć stawiająca mnie w niebyt pozytywnym świetle, pokazuje, jak gościnny jest ten kraj. Zupełnie dwóch obcych ludzi wparowało na rodzinne spotkanie, w dodatku na pogrzeb. W naszych wyobrażeniach większość by pewnie pomyślało „co za idioci”, tam jednak zostaliśmy ugoszczeni na najwyższym poziomie, pytani co chwila, czy czegoś jeszcze potrzebujemy, poczęstowani wódką ryżową, słodyczami i rozmową.

Wolność i bycie sobą

Będąc tam wśród obcych, ale zarazem bliskich ludzi, czułam się jak w domu. Nikt mi niczego nie wypominał, nie dawał dobrych rad, nie narzucał mi swojego zdania czy poglądów i szanował moje wybory. Może poza jednym – tym, że nie jem mięsa, ale też nie do końca, bo wszyscy bardzo się starali i na spotkaniach rodzinnych specjalnie dla mnie zamiast mięsa były owoce morza i ryby. I bynajmniej nikt mi nie dał odczuć, że jest to jakiś problem. I pewnie nie był, biorąc pod uwagę, jak duże przyzwolenie jest tam na bycie sobą.