Czego nauczył mnie wolontariat w schronisku dla psów w Tajlandii?

Zwykły dzień w schronisku dla psów w Tajlandii

Tajlandia była moim pierwszym doświadczeniem w Azji. Celowo wybrałam ten kraj jako pierwszy, bo wiedziałam, że jest otwarty i przystosowany do turystów. Wolontariat w schronisku dla psów pozwolił mi przyjrzeć się życiu kilku Tajów, ich mentalności i kuchni.

Nie widziałam zbyt wiele, bo jedynie Bangkok, z którego przeniosłam się do Chantaburi, gdyż tam miałam być 3 tygodnie na wolontariacie w schronisku dla psów. Mimo, że kocham pieski bardziej niż ludzi, to 300 psów biegających wolno było z początku dość przytłaczające. Tym bardziej, że zwierzęta te zachowują ostrożność i dystans do nieznanych osób, więc pierwszy tydzień byłam obszczekiwana, obwąchiwana i otaczana przez cała watahę. Szczególnie o zmroku mnie to przerażało, kiedy aby dostać się do swojego pokoju musiałam przedostać się przez to stado.

Moje obserwacje – wyciągnięte lekcje:

Strach jest największy na początku:

Ogólnie, to ja się boję psów, i mimo że kocham naturę i zwierzęta, to zdaję sobie sprawę z tego, że reakcja może być różna – nieoczekiwana i nieprzewidywalna. Mam duży respekt do zwierząt, kierują się one instynktem i nie mają tak rozwiniętej świadomości jak ludzie, żeby zastanowić się czy wypada coś zrobić czy nie. Co w pewnym sensie jest bardziej autentyczne – one nie udają czy kogoś lubią, nie obgadują za plecami, nie podkładają kłód pod nogi, a w przypadku psów, kiedy Cię pokochają, są wdzięczne do końca życia. Psy wysyłają prosty komunikat – uciekają, warczą lub szczekają w reakcji na strach, wąchają bo chcą poznać z kim mają do czynienia (tak jak u ludzi baczne obserwowanie), merdają ogonem kiedy się cieszą, jeżą się kiedy przygotowują się do samoobrony i gryzą kiedy czują zagrożenie. Ludzie mogliby się sporo nauczyć z obserwacji zwierząt.

I tak, na początku mojego pobytu w schronisku ja bałam się ich, a one bały się mnie. Za co absolutnie ich nie winię, większość tych psów doświadczyła okrutności ze strony ludzi. W krajach Azji Południowo-Wschodniej psy nie są traktowane jak zwierzęta domowe, a raczej jako dodatek, który najlepiej jeszcze, żeby pilnował i bronił domu. Dlatego, jeżeli ucieknie, zostanie przejechane przez samochód lub skuter czy umrze z głodu to nikt specjalnie się tym nie przejmuje. Problem bezdomności psów jest tu ogromny! I nie dość, że są bezdomne i walczą o życie na ulicy to jeszcze niekiedy ludzie rzucają w nie kamieniami czy odganiają kijem. Tak więc szczęśliwe jednostki trafiają do schroniska, większość jednak z nich jest po sporych przejściach. Nieco odważniejsze jednostki podchodziły do mnie bez strachu, czemu bacznie przyglądała się reszta grupy. Prawdopodobnie w ich głowach toczyła się krótka analiza, czy ten człowiek może być niegroźny, skoro głaska i przytula innych – być może można podejść bliżej. I tak zdobywałam zaufanie kolejnych piesków. Nawet jeden z tych bardziej strachliwych w końcu mi zaufała i później zawsze do mnie podchodziła, jadła jak ja jej podałam i trzymałam miskę, a nawet skakała po mnie jak mnie zobaczyła. Kolejna sunia z kolei dopiero pod koniec podbiegała do mnie kiedy byłam otoczona przez moich psijaciół i lizała mnie po nodze, po czym uciekała. Ostatniego dnia dała mi się pogłaskać, czemu dziwiła się nawet moja poznana w schronisku koleżanka – też wolontariuszka. To błogie uczucie, które autentycznie rozprowadza ciepło po mojej klatce piersiowej sprawiało, że praca w schronisku kosztowała mnie niewiele wysiłku, wręcz czasem nie czułam, że pracuję, a były to czynności nienależące do najczystszych (zbieranie kup, mycie podłogi, wymiana wody w miskach i pomoc w karmieniu), dodatkowo w pełnym słońcu i temperaturze +30 stopni Celsjusza.

 

Podsumowując, strach jest największy na początku, i dotyczy to wszystkiego, z czym mierzymy się po raz pierwszy. Myślę, że należy robić swoje szanując przy tym zasady panujące w naturze. Tutaj odniosę się do odchudzania – zaczynając, bądź przygotowany/-a na każdy możliwy scenariusz, nie miej zbyt wygórowanych oczekiwań, a raczej postaw sobie krótkoterminowe cele, które będziesz mógł/-a przedłużać. Tak jak ze zwierzętami – nigdy nic nie wiadomo, lepiej jest więc być otwartym na to co może się przydarzyć, jednocześnie angażując się w proces najlepiej jak potrafisz i budując zaufanie (w tym przypadku do samego siebie). Będąc już w trakcie redukcji masy ciała, zaakceptuj to, że jesteśmy częścią natury, a więc niekiedy może dojść do reakcji obronnej organizmu, skutkującej niechcianymi zachowaniami żywieniowymi lub spowolnieniem redukcji. Więcej o tym pisałam w poście: Uczucie głodu – zaprzyjaźnij się z nim, nie traktuj go jako wroga.

Dieta służąca ciału, na podstawie obserwacji

Do tej pory starałam się wdrażać zasady komponowania posiłków zgodnie z nauczaniem akademickim, oraz powszechną wiedzą. Czyli dużo warzyw, owoców, błonnika, białka, jakościowych tłuszczy, węglowodany najlepiej złożone, potrawy raczej nie smażone oraz zgodnie z zachciankami, miejsce na jakąś mniej zdrową przyjemność – najczęściej słodycze i czipsy. I w sumie nawet to działało, jednak jak wyjechałam do Azji, w dodatku jeszcze na wolontariat, to musiałam się dostosować do tego, czym mnie karmią. Nie było to dla mnie problemem, bo ja uwielbiam kuchnie azjatycką. Jedynym moim warunkiem było to, aby w mojej diecie nie było mięsa, wyłączając ryby. Tutejsza kuchnia obfituje oczywiście w ryż i często głęboko smażone na woku dania. Więc o ograniczeniu tłuszczu czy smażonych potraw nie było mowy. I jak się okazało, ta większa niż dotychczas ilość tłuszczu bardzo mi służyła – regularnie chodziłam do toalety, mimo że błonnika było niewiele w diecie i nie miałam wzdętego brzucha. Nawet śmiałabym rzec, że nieco tej masy ubyło. Oczywiście nie było to moim celem, ale też nie miałabym nic przeciwko ważyć 3 kg mniej. Nie dziwi mnie więc dlaczego mieszkańcy tej części świata są szczupli. Mimo, że jedzą oni sporo i raczej mało zgodnie z tym, czego uczą na uniwersytetach, to otyłość jest im nie groźna. Tutaj ludzie spotykając się, przyrządzają potrawy dla wszystkich gości a na stole nie ma raczej czipsów czy słodyczy. Takie rzeczy nie są tak popularne jak u nas, ale wciąż łatwo dostępne. Opakowania jednak są dużo mniejsze, tutaj „mega paką” zostały nazwane czipsy o gramaturze 70g. Jedyni otyli, których tu widziałam to niestety ludzie z zachodu, którzy często nie kryli się ze swoimi przyzwyczajeniami żywieniowymi. W większości, takich ludzi można było spotkać nie w lokalnych knajpach, a w burgerowniach czy restauracjach serwujących kuchnię zachodnią. Oczywiście, nie ma nic złego w tym, że być może ktoś nie lubi kuchni azjatyckiej. Problemem natomiast, w moim mniemaniu jest to, że tego typu jedzenie zostało tak znormalizowane, że niedługo zapomnimy jaki smak mają tradycyjne potrawy, spożywane przy wspólnym stole, ciesząc się nim i celebrując z bliskimi.

 

Dodatkowo, dostępność świeżych tropikalnych owoców, o których istnieniu nie miałam pojęcia. To tutaj odkryłam owoc o nazwie Langkong, który chyba stał się moim ulubionym azjatyckim owocem. Kolejne odkrycie to coś, co wyglądem przypomina truskawkę, ale sam owoc jest pod tą mylącą łupiną. Niestety nie wiem jak się nazywa, ale zamieszczam zdjęcie poniżej. Owoców najadłam się tu więc garściami. I owszem, zawierają one dużo cukru, ale uważam, że grzechem byłoby nie skorzystać z tego, co bezpośrednio oferuje Azja Południowo-Wschodnia. W smaku oczywiście nie ma porównania do tego, co możemy kupić w Polsce, czy nawet Europie. Eksport, transport i nawożenie robią swoje, więc ja doceniam i jestem wdzięczna za to, że mogę mieć tę przyjemność kupić owoc na lokalnym targu i cieszyć się jego smakiem. To tutaj pierwszy raz jadłam świeżego jackfruita (po polsku to owoc chlebowca), różowe pomelo, czy banany prosto z drzewa (które w ramach ciekawostki mają spore pestki!). I oczywiście mango i ananas, wszystko smakuje dużo bardziej i wyraziściej. Ja preferuję dostarczyć sobie cukier w formie owocu, niż w postaci czekolady czy batona. Co oczywiście też mi się zdarza, bo słodycze darzę wielką miłością, jednak gdybym się przejmowała fruktozą zawartą w owocach, ominęła by mnie ta przyjemność, której nie doświadczę będąc w krajach nietropikalnych. Dodatkowo, w temacie zachcianek, zauważyłam też, że jedząc potrawy dobrze przyprawione i o szybszym wchłanianiu, czyli mniej błonnika i białko odzwierzęce pochodzące w większości z ryb czy jajek miałam dużo mniejszą ochotę na przetworzone produkty.

Wniosek z tej obserwacji mam taki, że nie zawsze to co napisane w podręcznikach sprawdzi się dla każdego. Ja mam zamiar kontynuować zwiększoną ilość tłuszczu nawet tego smażonego, bo równocześnie wiem, że moja dieta obfituje w warzywa i owoce, a więc witaminy, minerały i antyoksydanty będą krążyć w krwiobiegu być może niwelując efekt tłuszczu trans. Mi takie rozumowanie i zachowanie żywieniowe bardzo służy.

Lojalność wobec siebie

Podczas mojego pobytu w schronisku miała miejsc nieciekawa sytuacja, kiedy jeden z wolontariuszy został niesłusznie osądzony i oskarżony przez właścicielkę schroniska. Jednak pomówienia te nie trafiły to oskarżonego, a do reszty wolontariuszy, wprowadzając tym samym podział i tajemnice w społeczności schroniskowej. Oskarżenia te były na tyle poważne, że niektórzy woleli unikać kontaktu z oskarżonym a wręcz się go bali. Mi jednak moje sumienie nie pozwalało na to aby przyglądać się temu z boku i biernie być może przyczynić się do zwolnienia tego chłopaka. Bo nocnej bitwie z myślami postanowiłam poinformować go o sytuacji, nie zdradzając za wiele szczegółów ale ostrzegając żeby uważał, bo jest pod obserwacją. On niczego nieświadomy podjął jakieś tam kroki, ale stosunek właścicielki schroniska się nie poprawiał, więc chłopak odpuścił całkowicie jakiekolwiek staranie się o zyskanie u niej szacunku. Przypieczętowała to wspólne spędzenie dnia wolnego ze wszystkimi wolontariuszami, kiedy to utknęliśmy na tajskiej wsi, co prawda blisko morza i resortów z niewielką nadzieją na znalezienie transportu aby wrócić do schroniska. Ostatecznie udało się wrócić w nocy, wszystkie 300 psów się rozszczekały i od tamtej pory musieliśmy ponosić tego konsekwencje, a największe ów wolontariusz, który dodatkowo został obarczony winą za całą sytuację z dnia wolnego. Do tego stopnia, że zabroniono mu kolegować się zresztą wolontariuszy, a ostatecznie to wyrzucono go krótko po moim wyjeździe. Również okazało się, że właścicielka schroniska dowiedziała się o tym, że ja go ostrzegłam i ogólnie miała mi za złe że staję w jego obronie. Czy żałuję? Wcale. Jestem wręcz dumna z siebie, że postąpiłam zgodnie ze swoim sumieniem, a tym samym zyskałam fajnego kolegę i przyczyniłam się do tego, że reszta grupy przekonała się, że oskarżenia te są bezpodstawne, a największy problem tkwił we właścicielce schronisko, która miała tendencje do kontrolowania, a dodatkowo ewidentnie nie lubiła mężczyzn.

Za każdym razem, kiedy posłuchałam swojej intuicji wyszło mi to na dobre. Czy to w kwestii zawodowej, czy relacyjnej. Dlatego zawsze będę powtarzać, jak ważne jest słuchanie swojego ciała. Jednak myślę, że jest to umiejętność, więc aby ją nabyć trzeba ją rozwijać, poprzez zadawanie pytań, czasem trudne momenty i decyzje, obserwację otoczenia i właśnie swojego ciała. Ja jestem już na etapie, kiedy bardzo wyraźnie czuję, gdy robię coś niezgodnego ze swoimi wartościami. U mnie często jest to napięcie w okolicy klatki piersiowej, uczucie ciężkości i nadmierne rozmyślanie i analizowanie.