Czego nauczyła mnie Kambodża i wolontariat jogi
Jedna z moich najważniejszych wartości – autentyczność
Tam chyba poznałam najliczniejszą grupę nowych osób naraz. A właściwie było to jednak w Wietnamie, ale tam było jakoś inaczej. Tam pozytywną energię Wietnamczyków czuć bardzo mocno, co w dobry sposób wpływa na człowieka i samopoczucie. W Kambodży natomiast poznałam tylko trzech Khmerów, resztę licznej nowo poznanej społeczności stanowili ludzie z Europy lub z USA.
Okazuje się, że Kambodża jest przyjaznym miejscem do życia. Tak licznej emigracji nie spotkałam nigdzie w Azji. A to za sprawą łatwej procedury wizowej, możliwości wykonywania pracy zarobkowej i tanich kosztów życia (choć z turystycznego punktu widzenia, było tam drożej niż w innych krajach Azji Południowo-Wschodniej).
Na początku ciężko mi się było wpasować w środowisko tych ludzi. Osobiście uważam, że społeczność zachodnia jest bardzo specyficzna. I uważam, że bywa nieautentyczna i właściwie często te znajomości są powierzchowne, ale pod płaszczem bycia miłym i zawsze uśmiechniętym. I kolejna moja surowa opinia jest taka, że w znajomościach takich ludzie chętnie biorą (tym bardziej jak widzą, że mogą dużo wziąć za darmo), ale niekoniecznie dają.
Miałam okazję poznać mniej lub bardziej obywateli krajów, które odwiedziłam. Najbardziej udało mi się kulturowo zapoznać z Nepalem i Wietnamem i od tych ludzi bije autentyczność, szczerość i normalność. Człowiek czuje się tam dobrze pomimo że nic nie rozumie. Ktoś kto lubi porozkminiać i poobserwować poczuje to od razu. Dla mnie natomiast autentyczność jest topową wartością w życiu i po tym doświadczeniu jeszcze bardziej poczułam, że warto takim być.
Schronisko dla piesków w Kampot
Natomiast co bardzo ważne, w mieście Kampot jest bardzo autentyczna i bezinteresowna osoba, piękna dusza. Joe prowadzi schronisko dla piesków, które często odbierane są z pseudo hodowli osób z zachodu. Często te pieski są zdeformowane, niekiedy głuche czy ślepe. I tutaj nie mogę nie wspomnieć o tym, jak bardzo niektórym kasa i chęć niemoralnego bogacenia się wchodzi za mocno. Gardzę.
W każdym razie, jest to „must have” punkt na mapie Kampotu, bo schronisko to jest w formie restauracji. Można tam przyjść, zamówić jedzenie czy picie i pobawić się z pieskami. I co ważne, dochód ze sprzedaży idzie na pieski i utrzymanie kompleksu. Dodatkowo jest to w pięknej okolicy, nad samą rzeką. A Joe i jego super ekipa tak dbają o te pieski i całe to miejsce, że już po przekroczeniu progu widać, że są to szczęśliwe pieski. I wszystkie go niesamowicie kochają – a jak dla mnie jest to jeden z wyznaczników bycia dobrym człowiekiem. No ale o schronisku mogłabym napisać osobny wpis, w każdym razie polecam to miejsce z całego serca.
Link do schroniska: https://g.co/kgs/2wSZ9Qm
Ważne jest nauczyć się radzić sobie z problemami
To była trochę lekcja radzenia sobie z kryzysami. Nie jestem pewna czy zdałam sprawdzian z psychologicznego punktu widzenia, ale z oliwkowego myślę, że tak. Z oliwkowego, czyli z takiego, gdzie robię swoje i zobaczę, co z tego wyniknie.
Z takim podejściem miałam chwilę wewnętrznej bitwy myśli, bo na miejscu była drama, na którą nie miałam energii i nie byłam gotowa na tyle zmienności. Ostatecznie, przeczekanie tego trudnego wtedy dla mnie momentu zaowocowało fajnym doświadczeniem, wartościowymi znajomościami i miejscem, do którego na pewno chcę wrócić.
Każdy ma swoje sposoby na rozwiązywanie problemów. One też są inne na przestrzeni życia, więc i podejście musi być inne. Z wiekiem nabieramy życiowego doświadczenia i być może łatwiej nam się z nimi uporać. Uczymy się też siebie – odkrywamy co nam służy, a co nie, jaki mamy temperament, wartości życiowe itp.
I właśnie to własne doświadczenie powinno być najważniejsze i stanowić odniesienie podczas podejmowania decyzji. Nie czyjeś doświadczenie, nie złote rady (choć nimi można się zainspirować, ale nie brać za pewniak!), ale przede wszystkim wewnętrzny głos.
„Od cudzego zdania lepsze jest własne doświadczenie” ~ przysłowie chińskie.
I osobiście uważam, że powiedzenie „ucz się na cudzych błędach” to bullshit, bo takie samo zdarzenie dla mnie i dla Ciebie to dwa totalnie różne doświadczenia. A to dlatego, że zwyczajnie jesteśmy różni, mamy inne schematy, wizje świata, sposób myślenia i autorefleksji.
Niekiedy rutyna w podróży to luksus
Do Kambodży doleciałam już mocno zmęczona i jeszcze roztargniona. Mój pobyt tam był w tym samym czasie, co największe święto w Wietnamie, czyli Tet, na które dostałam zaproszenie od mojej rodziny. Ale z racji tego, że zobowiązałam się na wolontariat na długo przed tym zaproszeniem, to czułam się w obowiązku, aby dotrzymać słowa. Choć jak się później okazało, właściciel miejsca, w którym miałam uczyć jogi, był bardzo w porządku i w jednej z naszych rozmów powiedział, że totalnie nie miałby nic przeciwko. Ważna lekcja – kto pyta nie błądzi.
W każdym razie, ja bardzo się cieszyłam na myśl, że będę w Kambodży cały pełny miesiąc. To oznaczało osadzenie się w jednym miejscu na dłużej. Zanim dotarłam na wolontariat, to spotkałam się z moją argentyńską koleżanką, którą poznałam podczas wolontariatu w Laosie. Obie byłyśmy już mocno zmęczone przemieszczaniem się, hostelami i ogólnie podróżą. Bez większej presji zwiedziłyśmy razem stolicę – Phnom Penh i Siem Reap. Miejsce znane jest ze słynnego kompleksu odkrytych świątyń w samej dżungli – Angkor Wat.
Spotkanie z kimś, kto podziela i autentycznie rozumie przychodzące na pewnym etapie zmęczenie życia backpackera było naprawdę czymś bardzo potrzebnym nam obu. Ja jednak musiałam stawić się na wolontariacie, więc nasze drogi na jakiś czas się rozeszły.
Miejsce, w którym miałam zdobywać swoje pierwsze doświadczenie jako instruktorka jogi z początku nie bardzo przypadło mi do gustu. Ostatecznie po miesiącu okazało się być naprawdę fajnym miejscem, z masą fajnych ludzi. Spędzenie tam prawie miesiąca, wypracowanie swojej rutyny i możliwości rozpakowania swoich rzeczy były na tamten moment luksusem. To była trochę taka namiastka domu i prozy codziennego życia.
Prywatna przestrzeń jako potrzeba emocjonalna
Tam zdałam sobie sprawę, jak ważna jest prywatna przestrzeń, zwłaszcza w trudnych momentach. A to dlatego, że na wolontariacie z tą prywatnością było różnie. Ten dom był zawsze otwarty dla każdego. I ogólnie super sprawa poznawać ludzi, ale niektórzy (w tym ja) po dniu pełnym wrażeń potrzebują regeneracyjnej chwili samotności.
Podczas całej mojej podróży miałam to szczęście, że miałam i ludzi dookoła, ale też i własny kąt. Tutaj niby też to miałam, ale przez to że ta przestrzeń była otwarta 24/7 to nie było to tak samo odczuwalne. No i lekcja z tego taka, aby samemu sobie stwarzać środowisko, którego się potrzebuje.
Ja wtedy albo wychodziłam na miasto i po prostu siedziałam nad rzeką, albo jechałam do schroniska i prosiłam Joe, żebym mogła pomóc w sprzątaniu boksów, gdzie były pieski. I była to prawdziwa regeneracja, po której czułam się gotowa do kolejnych interakcji społecznych.

